Historia pewnego wydarzenia
2011-11-04 at 12:17 am biupaOstatnio brałem udział w uroczystości ślubnej moich znajomych.
Jako wierzący inaczej bardziej interesowało mnie wszystko dokoła.
Ktoś przysnął, ktoś wpadł w ostatniej chwili,
czy ministrant biegający ślamazarnie pomiędzy ławami z tacą na drobne.
Czy też babcie, ciocie i wujkowie, którzy cały ten szoł starali się uwiecznić
W pewnym momencie moją uwagę przykuł wynajęty fotograf ślubny.
Poruszał się cicho po kościele. To tu z zakamarka strzelił fotę.
To wdrapał się na górną nawę. To cicho w zakamarku oparty o statyw gdzieś tam sobie celował.
Niby nic, jednak zadziwiło mnie jak on robi zdjęcia, skoro nic mu nie błyska, a rodzinne aparaciki mrygają, że aż jasno się robi przed oczami.
Powiem jeszcze że w kościele najjaśniej nie było.
Upłynął jakiś czas, młodzi wrócili z miodowego, spotkaliśmy się więc,
żeby pochwalili się pamiątkami.
Na początek poszły foty z podróży poślubnej. Urocze plenery i oni, zakochani.
Potem ślub i wesele – najpierw przy ogromie z familijnych
aparacików. Co drugie nie ostre, to ciemne że nic nie widać lub błysk z lampy
zakrywał cały obraz. Na koniec pokazali piękny skórzany album. Nie było
w nim masy zdjęć, tylko parę, bądź kilkadziesiąt. Jego oglądanie nie było katorgą. Każde zdjęcie piękne, czytelne, opowiadające. Wszystkie nie za ciemne, nie za jasne, wyraźny pierwszy i drugi plan.
Zaproszeni goście wyraźni i czytelni.
Oglądając ten album przypomniałem sobie dyskretnego fotografa,
strzelającego foty z daleka, bez błysków i fleszy. Stwierdzam więc, że profesjonalna
fotografia ślubna, ciężka praca i do tego odrobina sztuki.